Ostatnie wpisy
Zakładki:
Czytam
Dla dzieci i o dzieciach
Popieram
Słucham
Ulubione
Tagi
Manufaktura Radości![]() Wypromuj również swoją stronę
|
wtorek, 15 maja 2012
Chiński lekarz, którego spotkała podczas swoich podróży Beata Pawlikowska radzi swoim pacjentom, aby przede wszystkim, bezwzględnie, porzucić zamartwianie się. „Przestań się martwić o wszystko. Zacznij się cieszyć. Szczęście to najlepsze lekarstwo.” – mówi. My ludzie zachodu żyjemy w hipnotycznym stanie produkowanym przez nasz własny mózg; który nieustannie, bez chwili wytchnienia projektuje obrazy tego co może się zdarzyć, wymyśla zagrożenia, pisze scenariusze klęsk i wypadków, rozsnuwa mgłę zagrożenia i zaleca daleko idącą ostrożność. Ta umiejętność przewidywania przyszłości i ochrony przed niebezpieczeństwami była przydatna człowiekowi w czasach prehistorycznych, kiedy śmierć czekała na każdym kroku, dziś sprawia, że jesteśmy paradoksalnie mniej uważni i mniej obecni - przez co także bardziej narażeni na wypadki i niekorzystne dla nas zdarzenia. Jeśli puścić umysł wolno, znajdzie milion powodów do zamartwiania się. Stłuczona szklanka będzie jak kamyczek, który uruchomi lawinę obaw psującą nasz cały dzień, a czarny kot na drodze, sprawi, że zaczniemy się mechanicznie potykać i nerwowo rozglądać, bo przecież wszyscy wiedzą, że…. Zamartwianie nie tylko miesza nam szyki i sabotuje nasz fizyczny wysiłek, ale także bezpośrednio wpływa na ciało. Z komórkowego punktu widzenia zmartwienie i myślenie o zagrożeniu jest właściwie tym samym co przeżywanie go na jawie. Strach, obawa, stres, napięcie - nasze ciała czują, cierpią i nie odróżniają jednego od drugiego. Pomyśl o tym, że w wypadku ginie ktoś bardzo tobie bliski, albo wyobraź sobie jak oblewasz ważny egzamin. Czy twój żołądek ściśnie się, a włosy na rękach staną dęba? Czy ręce zaczną Ci drżeć, a Ty sam, poczujesz jak ogarnia Cię czarna rozpacz? Wyobrażenie, myśl, mają moc psucia naszego życia i destrukcyjny wpływ na ciało. Jeśli fundujemy je sobie dzień za dniem, to trudno oczekiwać od organów wewnętrznych harmonii, a od całego ciała dobrego zdrowia. Doktor Ho, cytowany przez Beatę Pawlikowską radzi: „Bądź uczciwy i pracowity. Ucz się, poszerzaj swoją wiedzę o świecie. Nie ustawaj w wysiłkach, aby osiągnąć szacunek do samego siebie, zaufanie we własne siły, troskę o siebie, niezależność i samodzielność oraz dążenie do samodoskonalenia.” Dodaje również: „ Życie i choroba istnieją obok siebie, tworząc odwieczną parę. Najlepszym lekarstwem jest optymizm i pozytywne nastawienie. Unikaj picia alkoholu i palenia tytoniu. Jedz proste dania, prowadź nieskomplikowane życie, ale ponad wszystko myśl pozytywnie i bądź optymistą.” Proste? Proste! O Chinach i doktorze Ho w nowej książce B. Pawlikowskiej: "Blondynka w Chinach".
czwartek, 10 maja 2012
Frustracja współczesnego świata i ludzi jest chyba najpopularniejszym i najbardziej ciemnym objawem tak zwanego „rozwoju i postępu”. Mamy coraz więcej, ale to nie czyni nas szczęśliwszymi. Miliony ludzi na świecie żyje w poczuciu skonfundowania, niezadowolenia i frustracji właśnie. Opiera się na niej całe nasze życie polityczne, w którym główne miejsce zajmuje narzekanie, paranoja i kłótnia o stołki zamiast walki o konsensus; nasz społeczny przekaz, który człowieka względnie zadowolonego z siebie i swojego życia odbiera jako nieszkodliwego wariata; nasze podejście do zmian, do wychowania dzieci, właściwie do wszystkiego. Sfrustrowane są wszystkie grupy wiekowe i społeczne. Kilkuletnie dzieci doznają frustracji z powodu takiej, a nie innej pozycji finansowej rodziców, głupiego systemu szkolnego, przekazu jaki dostają od rodziców i wychowawców, a potem jest już tylko gorzej. Frustracja wbrew pozorom, nie jest wcale związana z obiektywnymi okolicznościami życia, jest wyborem prostym, niejako fizjologicznym; najłatwiejszą drogą do przejścia przez życie. Żeby się sfrustrować nie trzeba niczego specjalnego. Wystarczy puścić swoje emocje i odczucia i pozwolić się nimi zawładnąć. Ogarną nas błyskawicznie, odbarwią nasze życie na wzór lakmusowego papierka, zabiorą radość, zamkną na rozwiązania. Narzekanie i chodzenie wokół życia jak koło studni, z której piją tylko wybrani, a reszta ze smakiem wyciąga wysuszone języki, żeby tylko doświadczyć kropelki, odrobinki, mgły; czegokolwiek to jest wybór na życie, nic więcej. Czy Janina Ochojska usiadła w kącie i postanowiła przejść na rentę, z powodu swojej jakby nie było, poważnej choroby? Czy setki osób mniej lub bardziej publicznych nie zaczynało swoich karier od zera, od przysłowiowego pucybuta, bez znajomości i cudownych pomagaczy, w które tak wierzymy i których nam ciągle brakuje? Możemy mieć wiele uwag do naszej rzeczywistości. Nie jest i nie będzie idealna; ale utopia cudowności poszukiwana od tysiącleci jest tylko utopią, niczym więcej - niczym mniej. Mogło być znacznie gorzej: mogliśmy urodzić się w jednym z krajów trzeciego świata, gdzie żyją miliony ludzi cierpiących głód i umierających z powodu chorób; mogliśmy nie mieć dostępu do edukacji, mogliśmy nie mieć nic. Zabawne, że w rankingach szczęśliwości i zadowolenia z życia, wcale nie przodują kraje wysoko rozwinięte. Więcej: w pierwszej dwudziestce nie ma żadnego. Co nam najbardziej przeszkadza w osiągnięciu stanu względnego spełnienia i zadowolenia? Właśnie wszechobecna frustracja, która jak trucizna, albo zły demon szepce nam do ucha , że jest źle, a będzie z pewnością jeszcze gorzej! Czy pani frustracja ma jakieś pozytywne, dobre strony? Tak: często mamy już tak bardzo dosyć, że zaczynamy szukać i wcielać w życie zmiany, które nas z niej wyprowadzają. Nic nas nie kosztuje siedzenie i narzekanie na swoją nadwagę i zły stan zdrowia; tyle że z tego nic nie wynika. Jeśli włożymy minimum wysiłku i dobrej woli, a tak naprawdę to trochę uważności w swoje życie i nawyki żywieniowe, to bez trudu i wyrzeczeń możemy pozbyć się 10-15 kg rocznie. Nie trzeba ani pieniędzy na siłownię, ani dietetyka. Jeśli odłożymy dziennie 5 zł, które wydajemy zwyczajowo na piwko, czekoladę, kawę czy soczek do pracy, to bez żadnego uszczerbku na domowym budżecie raz w roku możemy pojechać na fajne wakacje, które być może nadadzą wiele sensu naszemu życiu, a bywa że je zrewolucjonizują. Jeśli codziennie poświęcimy 15 minut na naukę języka; korzystając bodaj tylko z darmowych, dostępnych w Internecie materiałów, to z pewnością w ciągu roku opanujemy podstawy i będziemy w stanie porozumieć się w obcym kraju, tak, żeby nie czuć się przybyszem z obcej planety czy odebrać w firmie telefon i wyjaśnić prostą sprawę bez trzęsących się kolan i proszenia kolegów o przysługę. Wymieniać można by długo, chociaż tak naprawdę nie o to chodzi. Wszyscy w środku wiemy, że permanentna frustracja i życie w jej cieniu nam nie służy i donikąd nie prowadzi. Wiemy też że mamy wybór. Kiedy sobie to dogłębnie uświadomimy, kiedy przestaniemy mieszać w garnku wymówek i tysiąca hiperważnych „ale”, które stoją nam na drodze; to zaczną dziać się cuda czyli zwyczajne, małe zdarzenia, które odmienią nasze bycie i istnienie. Frustracja to ścieżka na skróty, wybierana nie z życiowej bezradności, ale z bezradnego lenistwa. Chwilowa oczyszcza, motywuje do zmiany - permanentna zabija i odbiera wszelką ludzkość radość.
wtorek, 08 maja 2012
Tao radzi, aby zamiast walczyć z życiem i rzeką losu, iść razem z nurtem, wykorzystując jego naturalną moc. Każdy z nas ma swoją rzekę, swoją ścieżkę, przeznaczenie, nazwy są różne, mówimy jednak o tym samym. Chodzi o to, aby rozeznać się w kierunku i w sile jaka nas niesie i zamiast z nią walczyć i zawracać kijem Wisłę, iść tam gdzie się iść powinno. Pozwolić, żeby życie nas niosło, żeby przychylne wiatry wiały w żagle, ptaki towarzyszyły wędrówce, a burze zamiast rzucać na ziemię, zmiatały spod nóg śmieci i przeszkody. Czy większość naszych życiowych nieszczęść i cierpienia nie wynika z faktu, że jesteśmy bezwolni wobec rzeki życia i dajemy się miotać po rubieżach, raz w prawo, raz w lewo? Czy nie jest tak, że z uporem maniaka skuwamy lód na rzece, zamiast usiąść w spokoju, rozpalić ogień, ogrzać ciało i duszę i poczekać na wiosnę, która wykona za nas pracę? Działanie - czynienie - tak ważne w kontekście nadziei – nie jest bezsensownym miotaniem sięod brzegu do brzegu. Nie jest też syzyfową pracą, która przynosi marne efekty, ani wiecznym znojem, który właściwie nigdzie nie prowadzi. Jeśli wiecznie walczysz i cierpisz, pocisz się pokonując coraz to nowe przeszkody, to bardzo prawdopodobne, że albo idziesz drogą naokoło gdy istnieje prosty skrót, albo idziesz w niewłaściwym kierunku. Mamy tendencję do komplikowania rzeczy, które ze swojej natury są proste. Zakładamy, że życie musi być ciężkie; że osiągnięcia muszą być okupione krwią i łzami, a los lubi wbijać w siedzenie ostre ciernie. Samobiczujący się asceci o umęczonych twarzach nie odeszli w niepamięć mroków średniowiecza. Mijamy ich codziennie na ulicy. Skupieni na każdym kroku, patrzą pod nogi, szukają przeszkód.
poniedziałek, 07 maja 2012
Ludzi marzących, mających wiarę w zmiany, nazywa się czasami naiwniakami. Z przyklejonym do twarzy drwiącym uśmiechem mawia się, że „nadzieja jest matką głupich”. W tej drwinie mieszka trochę prawdy; ponieważ sama nadzieja, nie poparta czynami, umiejscowiona wyłącznie w obszarze „gdybania” i dociekania, rzeczywiście niewiele może. Życie nas czasami zaskakuje, podtyka ciekawostki, zdarzają się cuda, czy jak kto woli zdarzenia niespodziewane; ale nadzieja to coś więcej niż wiara w dobry los. Nadzieja jest stanem umysłu, który zakłada otwartość na świat i na czyny, które przybliżają nas do właściwego celu. Nadzieja to coś więcej niż myślenie o sukcesie; krok dalej niż planowanie, ona nie stoi bezczynnie w miejscu i nie czeka na zdematerializowanie się pragnień. „Nadzieja nie pochodzi z kalkulacji tego, czy dobre wieści wygrywają ze złymi. Jest po prostu wyborem, by podjąć działanie” – pisze Anna Lappe. Ludzie bez nadziei stają się apatyczni i zrezygnowani. Nie wierzą już w nic, więc także nic nie robią. Nie planują, nie rysują schematów, nie marzą. Życie z nadzieją to wiara w to, że iskierka zawsze świeci, że krok za krokiem mamy szansę przybliżyć się do tego za czym tęsknimy, że mamy wpływ na swoje życie i na to jak w ostatecznym rozrachunku ono wygląda. Nadzieja więc, to aktywność i pozostawienie za sobą fatum złego losu, który pęta nam kostki i uniemożliwia ruszenie z miejsca. „Co tu dużo gadać, nadziei życzę Ci”
środa, 02 maja 2012
Plaga niezadowolenia z siebie i samobiczowania zatacza coraz szersze kręgi. Mamy sobie coraz więcej do zarzucenia. Dotyczy to naszego wyglądu zewnętrznego ( jestem za gruby / mam za duży nos); naszych przymiotów umysłowych, zdolności wychowawczych, umiejętności w zakresie ars amandi, kompetencji zawodowych czy szeroko rozumianych życiowych osiągnięć. Żyjemy w permanentnym poczuciu winy i niesiemy ze sobą ciągłe piętno nieadekwatności wobec świata i jego wymagań. A przecież czasem każdy jest „byle jaki”. Każdy czasem potrzebuje oderwać się od idealnych jak linijkach wzorców i pozwolić sobie na kształty nieregularne. Na rozmemłanie, niebycie, dziurę w skarpetce. Czasami może nam się nie chcieć. Czasami powinno nam być wszystko jedno. Bywamy niewyjściowi, bywamy jacyś inni, bywamy po prostu sobą. I o tą chwilę prawdy o sobie czasami właśnie chodzi; o to, żeby zobaczyć siebie bez maski, bez odbicia w oczach innych ludzi, bez małomiasteczkowej moralności i wdrukowanych głęboko w myślowy schemat przekonań, że tak się robi, a tego za nic w świecie nie można. Odpuśćcie czasem sobie. Myszołów nie ma wyrzutów sumienia. „Myszołów nie ma sobie nic do zarzucenia.
wtorek, 01 maja 2012
Grawitacja trzyma marzenia przy ziemi, pompowane helem baloniki co niosą wyżej i wyżej, nie trafiają się przypadkiem. Zamkowe potwory wychodzą po zmroku, straszą dorosłych i dzieci, śnią się po nocach, pamięta się o nich latami. Dni są jednostajne i szare: dziś rozmyte w rojeniach, jutro wyraźne, póki nie stanie się dzisiaj. Szczęściarze rodzą się rzadko, a pechowcy święcie wierzą w przeznaczenie; malują obrazy bez ram, plądrują krainy szczęśliwe, zaciskają pięści, coś marudzą pod nosem; zmarkotniali zanim jeszcze cokolwiek zaczęli. Letnie słońce świeci za mocno, a zimowe mrozy, zawsze za dotkliwe. Los pisze się grubą ścieżką wzdłuż rzeki, krzakami zarasta niebo, mało widać, karczować nie sposób. A nad wszystkim fruwają ptaki znudzenia. Kto tam zabłądzi, kto w nie uwierzy jak w prawdę; ten zginął i przepadł. Usiądzie na brzegu, zapomni gdzie szedł i skąd przychodzi, wołami nie zawrócisz, krzykiem nie ostrzeżesz. Nad rzeką siedmiu złudzeń; tłumy nie tylko w upał.
niedziela, 29 kwietnia 2012
Czy Was też zaskoczyła ta nagła zmiana pór roku? Jeszcze w środę zapinałam kurtkę i żałowałam, że nie wzięłam na długi spacer rękawiczek. Tulipany w powsińskim parku ledwo zaczynały swój kolorowy pokaz; jakieś takie nieśmiałe, niezdecydowane; dumające, rozkwitać, czy jeszcze nie? A od piątku mamy lato.. parzy w stopy i wysusza na wiór ziemię; z ulic wydobywa zapach asfaltu i gumy, z ludzi gołe ramiona, a z serc jakąś leniwość, rozluźnienie, spokój. W życiu bywa podobnie; wieje chłodem, aby za chwilę, za moment, z zaskoczenia, z łomotem ogrzać tak, że krew krąży jak szalona, a policzki różowią się o świcie i bledną dopiero po zmroku. Co można zrobić z takim czasem jak ten? Kiedy wielu z nas ma wolne dni, kiedy zatrzymujemy się z nogą nad progiem, aby uświadomić sobie, że nie trzeba się śpieszyć, ani nigdzie iść? Mądrzy ludzie mówią, że jedna myśl może odmienić życie. Jedna, byle świadoma. Jaką moc ma więc cały dzień otwartego, czułego o sobie myślenia? Siedzę w progu balkonowych drzwi, wystawiam nogi ku słońcu, pozwalam, żeby zielony jak wiosna sok kapał mi po brodzie i myślę sobie, łagodnie myślę. Rzeka życia płynie obok, sroki wystawiają dzioby ku niebu, a liście na drzewie rosną z minuty na minutę. A ja jestem, jestem. Wy też jesteście. Pamiętajcie. Dobrego dnia Kochani!
środa, 25 kwietnia 2012
Nosił wąsy jak ojciec i dziadek, jowialnie zaokrąglony niczym Mikołaj, swój chłop – mówili Ci którzy go dobrze nie znali. Zdawał się miły i łagodny, stąpał powoli, jak niedźwiedź na dwóch nogach, mruczał czasem pod nosem, wsiadał do auta ciężko; daleki od entuzjazmu, bliski płaczu, zamyślony. Kiedy wstępował w mury biurowca coś się w nim zmieniało. Jego powierzchowność zaczynała spóźniać się i zostawać w tyle za gestykulacją, głos stawał się szorstki i nieprzyjemny, włosy jeżyły się na ciele; generał na wojnie o lepsze życie. No bo przecież miał o co walczyć. Ojciec hodował jabłka. Głaskał je po obłych brzuchach, doglądał drzew, chodził po sadzie jak pan na włościach, dumny i onieśmielony jednocześnie. Nie raz widział jak staruszek głaskał suchą korę, jak gładził pnie; dałby głowę, że rozmawiał z kimś w sadzie, że chodził od drzewa do drzewa, jak od sąsiada do sąsiada, opowiadał, gestykulował, wyjaśniał. Kłaniał się kiedy wchodził do sadu, kłaniał się kiedy wychodził; drzewa odwzajemniały tę jego miłość i rodziły jak nigdzie indziej. Jabłka z ojcowskiego podwórka pachniały lasem i czułością; takich nie miał nikt. Ale ludzie się z niego śmiali. Syn dziwaka. Prosty chłop. A on chciał czegoś więcej. Jakiejś przyszłości, jak mówił. Chciał poznać świat, zobaczyć ludzi, robić coś co się liczy, zarabiać, wydawać polecenia, być kimś. Więc walczył. Pan na wojnie, generał od ścinania głów, najlepszy, najsilniejszy, najbardziej zdeterminowany. Wysyłali go na misje bez ratunku, dawali sprawy beznadziejne, czuł się wyróżniony tym zaufaniem, harował od rana do świtu. Kiedy już nie mógł to spał dzień lub dwa, wyjeżdżał na tydzień, aby na trzeci dzień wrócić do pracy, bo nie mógł w gruncie rzeczy bez niej żyć. Ludzie się go bali. Nigdy nie wiedzieli co kryje się pod jego uśmiechem, czy zaraz nie wybuchnie, czy nie rzuci wiązanką przekleństw, których nie powstydziłby się ojcowski pomagier, co to pił przez tydzień, żeby potem tydzień pracować na kacu, z nadzieją na kolejny bal. Kantorek w którym urzędował, zwany rzeczowo gabinetem, był jak szklana klatka, która drżała kiedy wpadał we wściekłość. Im bardziej się bał, tym głośniej krzyczał, im mocniej nie wiedział co będzie, czy sobie poradzi, czy sprosta, tym silniej ulegał wzburzeniu, tym mocniej pieklił się i rzucał jak raniony zwierz. Aż kiedyś, w dzień jak co dzień, kiedy nic zupełnie nic nie wskazywało na to, że coś się stanie; przyszli do niego: szarzy, eleganccy, opanowani i cisi; zabrali kluczyki od służbowego auta, kazali wstać, spakować się, podziękowali za współpracę. Nawet nie krzyknął. Oniemiały, zdumiony, pełen strachu, który był tak silny, że zaklajstrował mu usta, napłynął do oczu, zakołysał nim jak statkiem, który zaraz utonie. Pojechał do ojca, na wieś. Na stacji kupił gruby sznur, trzy i pół metra, osiemnaście pięćdziesiąt, splot był mocny, żeglarski, lekko sztywny, jak wykrochmalona kapota. Poszedł prosto do sadu, usiadł pod drzewem, zawiązał pętlę, ciężkie dłonie manipulowały sprawnie, sam nie wiedział skąd wie co robić. Kiedy wstawał, żeby zakończyć to co mu się ostatecznie rozsypało, to głupie życie, o które tak walczył, tak harował, to kłamstwo, które go zaprowadziło aż tutaj, z powrotem w miejsce, z którego przyszedł; zobaczył starego ojca, o lasce, który wolno szedł w kierunku sadu. Pokłonił się jak miał w zwyczaju, oparł o drzewo, przeżegnał, pogładził korę, oberwał suche listki, wypowiedział słowo, lub dwa, uchylił czapki i poszedł dalej, tak od drzewa do drzewa. Podszedł do ojca, a ten uśmiechnął się do niego, wziął z jego rąk sznur, pogładził go po policzku, poklepał po dłoni i powiedział: - Skąd wiedziałeś, że potrzeba sznura? Tu zobacz, wiatr połamał gałęzie, płot opadł, trzeba zabezpieczyć, obwiązać, schyl się , o tutaj. Zrobił co kazał, a potem poszli razem do domu. Stary nie pytał, a on nie opowiadał. Kiedy ojciec umarł, przejął sad i tak jak on chodził, doglądał i gładził. Zapuścił brodę, schudł, zmężniał. Mieli go za dziwaka, ale nie dbał o to. Jabłka z jego drzew pachniały miodem i miłością; przyjeżdżali po nie z daleka, a on żył w zdrowiu i spokoju. Zrozumiał, że to czego zawsze szukał, było tuż obok, za progiem, zrozumiał też, że musiał pójść na około żeby to wszystko odnaleźć.
wtorek, 24 kwietnia 2012
Toczona ostatnio w wielu krajach dyskusja o wydłużeniu czasu pracy i podniesieniu wieku emerytalnego wzbudza duże emocje i tyle samo kontrowersji. Nikt nie chce pracować dłużej, żyjemy od weekendu do weekendu, w czasie urlopu, a reszta jest harówką, znojem i milczeniem. Demografii nie przeskoczymy; można tam uciąć, tu przyciąć, konieczne są skomplikowane zabiegi i reforma całego systemu; ale jakby nie patrzeć, emerytów jest coraz więcej, dzieci coraz mniej, żyjemy dłużej niż nasi dziadowie i pradziadowie, średni wiek życia podniósł się w ostatnim pięćdziesięcioleciu o co najmniej kilka lat; zmiany są więc nieuchronne. Można krzyczeć, można złorzeczyć, to nas nie ominie. Co więc robić, żeby nie zwariować? Jak dożyć do tej enigmatycznej, magicznej granicy, za którą zacznie się upragniona wolność? Jak wreszcie nie marnować następnych 20 czy 30 lat, robiąc coś co jest nam wstrętne, co nas unieszczęśliwia i zasmuca? Pokochać swoją pracę. I raz na zawsze pozostawić za sobą mit harówki, znoju i potu, który towarzyszy zarabianiu na chleb. Kiedy byliśmy mali słuchaliśmy dorosłych i zbieraliśmy komunikaty mówiące, że dzieciństwo to zabawa i fraszka, że szkoła to obowiązki i trudności, ale dopiero potem, w prawdziwym życiu przekonamy się co znaczy prawdziwy wysiłek i męczarnia. Nasz umysł przyswoił schemat: praca = obowiązek = wysiłek = cierpienie. Dlatego wstajemy rano i nasze nastawienie jest negatywne; dlatego mamy wrażenie bycia niewolnikiem własnego życia, na które musimy zapracować. Kiedy przyjrzymy się wypowiedziom ludzi sukcesu, tym które żyją ze swojej pasji; możemy gołym okiem dostrzec, że oni wcale nie pracują dlatego, że muszą. Wielu osiągnęło wolność finansową, mogłoby odcinać kupony ze swojego bogactwa i pławić się w luksusie do końca swoich dni. Oni pracują; bo dla nich praca jest przyjemnością. Jest wyzwaniem, radością, jest sposobem na realizację siebie, na porządkowanie czasu i wywieranie wpływu na świat; który przestaje być miejscem nieprzyjaznym i dzikim. Na pracę narzekają Ci, którzy jej nienawidzą; którzy uważają się za niewolników swojego stanowiska, stylu życia, kredytu, który zaciska się jak pętla na gardle itp. Tak długo jak wyznacznikiem naszego myślenia o pracy będzie słowo „ muszę” i nastawienie do zmiany zaczynające się od „ to trudne” - tak długo będziemy żyć w kołowrotku piątak – poniedziałek i czekać na emeryturę, która nas kiedyś, w końcu wyzwoli. Praca może być przyjemnością; każdy z nas ma coś co lubi, w czym czuje się dobrze, co robiłby nawet za darmo, jeśli miałby dostateczne rezerwy finansowe. Tam trzeba szukać źródła swojej wolności zawodowej, jeśli to co robimy teraz nie daje nam ani satysfakcji, ani przyjemności. Rozmawiałam ostatnio z jedną z sąsiadek, która już ewidentnie schorowana, zmęczona, chodzi do pracy, mimo że jest od co najmniej pięciu lat na emeryturze. Nie mówiła o pieniądzach, ani o obowiązku, mówiła, że kocha swój zawód. To samo usłyszałam ostatnio w windzie, na uczelni, od starszych pań, które mówiły do siebie, że mogłyby już sobie dać spokój, ale kochają pracę ze studentami i nie mogą jakoś sobie wyobrazić, że to już koniec, że nie będą nigdy więcej tu przychodzić, rozmawiać, być; że jeśli skończy się dla nich praca, to trochę tak jakby się kończyło życie. Życie w równowadze składa się z czasu wolnego, z obecności, nicnierobienia - składa się także z pracy. Czy lepiej być szczęśliwym rolnikiem, czy nieszczęśliwym prezesem korporacji? Czy życie złożone w połowie z czynności, które sprawiają, że czujemy niechęć i wzdrygamy się jak w gorączce, może być życiem pełnym? Każdy z nas jest ekspertem od samego siebie i zna odpowiedzi, na pytania, które padają głośno, cicho, w snach i myślach. Na pewno warto sobie na nie odpowiadać, na pewno też, warto szukać swojego miejsca na ziemi, zamiast na siłę wpasowywać się w ramy, które nas cisną. Tych 20 czy 30 lat do emerytury nikt nam później nie odda; są bezcenne, bezmierne, wyjątkowe. Od nas zależy miara jaką do nich przyłożymy, to nam wystawi się rachunek, za to co było, a czego zabrakło. Szkoda byłoby stwierdzić, że po tych wszystkich latach zmagań i zmuszania się do bycia tam gdzie nas życie postawiło, zamiast radości, pozostała nam jedynie frustracja i smutek- a czas, jak to czas, minął i nikt już go nie wróci.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Brzmi jak przewrotnie rzucone złe życzenie. Bo przecież wszyscy chcemy być syci i mądrzy; nieważne czy chodzi o poziom nasycenia naszego portfela czy żołądka; mądrość filozoficzną, czy rozumianą jako wysoki stopień inteligencji i zrozumienia świata, który nas otacza. A jednak tylko wiecznie głodni i głupi mają szansę na to, żeby nadążyć za ciągle płynącą rzeką życia. Pragną odmiany, szukają nowych ścieżek, nie boją się błądzić, mylić, wracać do punktu wyjścia i ścigać sami ze sobą w wyścigu o niemożliwe. Wiedza i inteligencja, którą ćwiczymy i nabywamy przez lata sprawia, że stajemy się coraz bardziej konserwatywni i zastani w naszych zatwardziałych sądach i poglądach. Dzieci około 6 roku życia są nieskrępowanie kreatywne; wymyślają dziesiątki zastosowań dla jakiejś rzeczy, kreują świat, ruszają głową. W ciągu trzech – czterech lat zapomną o swojej pomysłowości i zaczną pytać o instrukcję obsługi. Świat jest niezmierzony i nielogiczny; zaskakuje nas nieustannie, zmienia się jak wiosenne niebo, wiruje koło nas w tańcu derwisza i sprawia, że kręci się nam w głowie. Głodny i głupi ma szansę ogarnąć ten chaos; mądry i syty dostanie mdłości i popadnie w konfuzję. Wybierajcie. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||